Desperados
nemopic nemoabyss
crew2
Linia
glob
linieStil

Established April 2004 - Last Update 18.09.2016

linieStil

Desperados

Glenn pojawił się około ósmej rano w szortach i podkoszulce, stwarzając wrażenie jakby właśnie przeszedł odwykówkę i detox. Pierwszy raz od kilku tygodni spał dłużej niż 45 minut jednym ciągiem i nie potrafił swojemu szczęściu dać wiary. To wszystko pomogło mu odzyskać humor i dobre angielskie maniery. Po błyskawicznej naradzie na mostek wezwani zostali bosman Manuel i oczywiście Lucek. Zarządzone zostało generalnie odgruzowywanie statku. Dwaj Cabo na pokład ze szlauchami (ale ostrożnie proszę), a następnych trzech, plus Lucek dla parzystości, miało myć nadbudówkę od mostku do wejścia do maszyny. Wszystko ma się świecić jak psu jajca. Lucek zasłaniał się nawałem zajęć kuchennych, ale Glenn wyprostował Lucka i jego menu w trzy mikrosekundy, a Manuel potwierdził, że złe duchy, choć z obrzydzeniem, ale porywają także białych Lucków. Wieczorem świat wyglądał znacznie piękniej, Lucek sapał astmatycznie, my byliśmy wyspani, statek lśnił i bujał się spokojnie na falach w stronę Hiszpanii. No może nie tak całkiem spokojnie.

Już następnej nocy, około trzeciej, pojawił się na mostku Desperado i powiadomił, że musi koniecznie zastopować maszynę. Na statku to nic nadzwyczajnego, robi się takie rzeczy w wyraźnie koniecznych dla mechanika sytuacjach. Nikt nie dyskutuje czy mu to potrzebne czy też nie, bo wiadomo, że tak. Nie spotkałem jeszcze mechanika, który nudzi się po nocach i innym spać nie pozwala. Oceniłem więc sytuację nawigacyjną i dałem swoje OK. jakieś 10 minut później na mostek wbiegł Jacuś-motorek i pokrzykiwał brzydkie wyrazy od progu. Twierdził, że to nie jest normalne z powodu TAKIEGO gówna, ludzi budzić i jeszcze statek zatrzymywać. Gdy złapał w końcu drugi oddech, przeszedł do szczegółów. A były one takie, że Desperado postanowił zmienić filtry powietrza, co normalnie ma miejsce w porcie, więc Jacek nie ma pojęcia czy ten palant jest przy zdrowych zmysłach, czy tylko naćpał się prochów.

To właśnie miałem na myśli, mówiąc że to wariat - powiedział Glenn dnia następnego gdy mu sprawę zdawałem z nocnej akcji. Desperado został wezwany na mostek, Glenn stracił angielski humor, dystans i elegancję, po czym powiadomił Desperata, że od dzisiaj obowiązuje następująca instrukcja obsługi maszyny składająca się z jednego punktu: Nie masz prawa dotknąć czegokolwiek w maszynie, bez pisemnej zgody, mojej lub chiefa. Zbliżaliśmy się powoli na rzekę Guadalajara z mieszanymi uczuciami. Czekała nas podróż w górę rzeki i śluzy. Z naszym Desperado w maszynie to jakby lądować Concordem na lotniskowcu. Jak się miało okazać nasze obawy były całkiem uzasadnione. Rzekę udało się przebyć bez uszczerbku na zdrowiu i sprzęcie. Wchodziliśmy do śluzy, szpring dziobowy został już podany na ląd. Czarna chmura dymu z komina świadczył, że Glenn dał “pół wstecz”, odpowiedzią z maszyny był kompletny Bleck-out, kicnęło dosłownie wszystko. Usłyszałem tylko krzyk Glenn’a -FUCK,LET GO ALL!!!

Dalej wszystko potoczyło się jak w matrixsie, szpring-fast, obie kotwice let go, szakiel do wody, anchors-fast i spierdalać z dziobówki na pokład w podskokach. Szpring skakał po polerze i palił się w oczach, kotwice podskakiwały na betonowym dnie śluzy starając się o coś zahaczyć, statek burtą darł po nabrzeżu iskrząc jak szlifierka. Wreszcie stop na dwa metry przed bramą śluzy. Staliśmy wszyscy wmurowani w pokład i mokruteńcy od potu. Do nabrzeża w Sewilli podchodziliśmy tylko z motorkiem w maszynie, bo Desperado rozpaczał w objęciach Lucka. Tym razem postanowiliśmy z Glenn’em upić się do nieprzytomności, co wieczorem stało się faktem. Po nabrzeżach portu Sewilskiego rozchodziła się nostalgiczna pieśń dwóch żeglarzy tęskniących za Andrzejkiem: Pepe wróć!!!!!!!!!!!!

Showbiz & Bomberos

Tego wieczoru gdy wraz z Glennem stwarzaliśmy wrażenie, że nie warto nas zaczepiać bez wyraźnego powodu i silnych kolesiów, wyszło przypadkowo na jaw że Annie ma równie dobrze rozwinięty talent wokalny co i my. Co ciekawsze u Annie talent ów objawiał się bez potrzeby przedawkowywania alkoholu, co nie znaczy że gardziła tego typu napojami tego wieczoru. Annie miała bardzo mocno rozwinięte poczucie solidarności plemiennej, co wykluczało definitywnie pozostawienie nas na pastwę losu i hiszpańskich barmanów. Szukaliśmy więc gorączkowo w uliczkach sewilskich baru, w którym nie byliśmy jeszcze spaleni, a od progu nie wolano do nas: Won.

W końcu trafiliśmy na bar z muzyką LIVE, co było już sporym sukcesem i nieopisanym szczęściem. Wysłaliśmy Annie na wabia. Plan zakładał co następuje, Annie zamawia trzy drinki, ale nie płaci. Potem wchodzimy my i gdyby barman był cokolwiek zaniepokojony naszym stanem, Annie melduje posłusznie, że ci dwaj dżentelmeni są razem z nią. Krótka kalkulacja poniesionych kosztów sprawiła, że barman zgodził się na nasze pozostanie w pełnym składzie. Jak już powiedziałem był to bar z muzyką live, a konkretnie Caraoke, co dla Annie było równoznaczne z wyzwaniem do walki, rzuconą rękawicą. Błyskawicznie powędrowała do DJ-ja, przedstawiając mu listę życzeń. Jak się miało okazać, była to lista także moich życzeń, o czym jeszcze nie miałem pojęcia, gdyż Annie nie była mnie uprzejma poinformować, że zakłada także i moje popisy wokalne. Trwożnie przestudiowałem “mój” repertuar i kamień spadł mi z mego niewinnego serca, sami Beatlesi.

Nie omieszkałem jednak poprosić barmana o następną szklaneczkę talentu. Barman okazał się być animatorem sztuki i widząc moje zatroskanie nalał Ballantinesa, bez zbytniego ociągania się. Czekaliśmy nerwowo na naszą kolej, jako że w tkz. międzyczasie ustaliliśmy, że występujemy jako grupa z beck-wokalem Glenna. Ponieważ Annie zameldowała nas solo, więc okazało się że następne trzy utwory należą do nas. W brawurowy sposób wykonaliśmy: “I saw her standing there”, “Twist & Shout” oraz “Help”. Glenn jako back-wokal nie sprawdził się w stu procentach, ale jego popisy solowe na gitarze powietrznej wstrząsnęły publiką. Otrzymaliśmy standing-ovation, a jacyś Anglicy (nasi fani) zafundowali nam nawet po drinku. Mieliśmy więc powód by pozostać i oblewać nasz pierwszy sukces w show businesie.

Podczas gdy upajaliśmy się sławą i powodzeniem, pewien Hiszpan w perwersyjny wprost sposób, przepoczwarzał się w Sinatrę, usiłując przybliżyć publice nocne życie Nowego Yorku. Annie spojrzała na mnie wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu i nim zdołałem cokolwiek pomyśleć i powiedzieć, pociągnęła mnie za rękę, drugą zrzuciła Sinatrę ze sceny, robiąc nam tym samym miejsce przy mikrofonie. Sinatra starał się wprawdzie nieśmiało protestować, ale wzrok Annie wbił go w parkiet na dobre. Tym razem wpletliśmy w ryzykowne wokalizy skomplikowane układy taneczne, stepowanie i całą amerykańską klasykę filmową. Brakowało jedynie puszczania ogni bengalskich, chodzenia na linie i żonglerki pochodniami. Sala wrzała.

Barman był jednak innego zdania, bo jak się miało okazać, Sinatra był jego bliskim kuzynem od strony ojca, a do tego człowiekiem honoru. Doszło do ugody, polegającej na propozycji opuszczenia lokalu i nie pojawiania się w nim już nigdy więcej. Doszliśmy do wniosku, że propozycja barmana jest całkiem fair, bo po pierwsze i tak mieliśmy już dosyć koncertowania, a po drugie owo “nigdy” opiewało na kilkanaście najbliższych godzin. Nawet gdyby barman upierał się, że “nigdy” oznacza NIGDY, byliśmy w stanie zapuścić brody i wystąpić następnym razem jako ZZ-top. Sztuka wymaga poświęceń. Jak każda dobrze zapowiadająca się grupa znów staliśmy na ulicy.

Na całe szczęście dnia następnego była niedziela, co stwarzało nadzieję, że do poniedziałku wykurujemy nasze organy głosowe i przejdzie nam ochota na zakopanie Desperata żywcem. Nie mieliśmy naturalnie pojęcia w jaki sposób Desperado zaplanował sobie niedzielę. Podczas gdy my odsypialiśmy trasę koncertową, Desperado postanowił sprawdzić działanie dziobowego zbiornika balastowego, czyli forpiku. Oznaczało to, że jednak robił wszystko by śmierć ponieść. O jego działaniach dowiedzieliśmy się dopiero wtedy gdy było jasne, że balastu nie sposób wypompować, gdyż ten cymbał coś zablokował i odblokować można li tylko od strony zbiornika.

Naszym zapluszczonym oczom ukazał się statek wesoło przechylony na dziób, i dziób Desperata bełkocącego coś bez sensu. Oczami mojej wyobraźni widziałem już zalany ładunek. Glenn złapał Desperta na gardło i domagał się odpowiedzi na trzy podstawowe w tej sytuacji pytania. Po pierwsze chciał wiedzieć czy Desperatowi nasrał miś do głowy, by napełniać zbiorniki gdy ładunek jest jeszcze w ładowniach? Po drugie czy mu nie jest zbyt duszno gdy Glenn go tak dusi? A po trzecie czy chce umrzeć teraz czy później?

Na całe szczęście ładunek był OK. Sytuacja wymagała zniweczenia niedzieli jeszcze kilku osobom. W obroty poszedł Nick, któremu Glenn tłumaczył telefonicznie zawiłości duszy i odkorowanie mózgowe Desperata. Nick obiecał natychmiast uruchomić naszego Agenta i wymienić Desperata jak tylko będzie okazja. Agent został dopadnięty na imieninach u wujka Pepe i doszedł do wniosku, że jedyne co może zrobić to wysłać do nas Bomberos de Sewiglia, czyli strażaków. Strażacy pojawili szybko, sprawnie, w dobrych humorach i z pompami. Aby tych bohaterskich ludzi sobie nie zrażać, Glenn zafundował im w ramach fiesty, dwa kartony piwa. Za napoje dla Bomberos zapłacił oczywiście Desperado.

Popołudniem, podczas kolejnej rozmowy z Nickiem, ten zaklinał się że nie jest w stanie złapać jakiegokolwiek mechanika, więc musimy się pogodzić z myślą, że przyjdzie nam czas jakiś jeszcze żyć na skraju przepaści, w najlepszym wypadku. No ryzyko męska rzecz, ale nikt z nas nie jest samobójcą. Przeprowadzona została następna poważna rozmowa z Desperatem. Wynikało z niej, że do tej pory był zawsze drugim mechanikiem i całkiem nieźle sobie radził. W to byliśmy w stanie dać wiarę, gdyż istnieją ludzie pracujący dobrze pod czyimiś skrzydłami, natomiast pozostawieni sobie samym, wpadają w panikę i diabelski krąg. Przeistaczają się w Desperados. Tak było i w naszym przypadku. Wynikało z tego, że nadal mamy Caraoke, tyle że tym razem muzykę robi nie DJ, a samo życie.

czytaj dalej...

LiniaEnd

VISITORS