Dover
nemopic nemoabyss
crew2
Linia
glob
linieStil

Established April 2004 - Last Update 18.09.2016

linieStil

Dover, czyli ostatnia bitwa pod Trafalgarem

Bez większych tym razem komplikacji dopłynęliśmy do Dover, gdzie czekał na nas ładunek i jak miało się okazać inne atrakcje takoż. Anglicy poinformowali, że załadują jakieś kilka tysięcy ton i około 18-tej zakończą robotę, reszta jutro. No, lepszej wiadomości nie można otrzymać. Postanowiliśmy zatem, że zaraz po osiemnastej udamy się zwiedzać miasto, tym razem bez większych strategicznych planów.

Krótko przed południem Glenn wybrał się do miasta, tym razem bez Annie, pomimo jej jednoznacznych protestów, po czym pojawił się z dosyć tajemniczą miną. Nie działo się nic specjalnego jak na statkowe relacje, więc Annie i Glenn już około siedemnastej byli gotowi do wyjścia. Powiadomili, że będą na nas czekali w najbliższym barze. No to mi dopiero niespodzianka, myślałem że umówimy się na dworcu PKS w Wąchocku.

Czekaliśmy z Jacusiem na ostatnie tego dnia ciężarówki z ładunkiem, by nie tracić czasu umyci i niedzielnie ubrani. W końcu synowie Albionu odgwizdali fajrant, więc mogliśmy zamykać ładownie. Klapy radośnie spływały w dół, a my radowaliśmy się perspektywą wesołego wieczoru. Aha, niedoczekanie, były już prawie u dołu, gdy złośliwie i znienacka puścił przewód hydrolu, oblewając nas lepką cieczą od stóp do głów. Desperado zaproponował wprawdzie, że naprawi usterkę, ale odpowiedz brzmiała NIE. Nie to nie, obraził się i poszedł do kabiny poskarżyć się Luckowi. Naprawa zajęła około czterdziestu minut, potem kąpiel i w drogę.

Glenn i Annie czekali już niecierpliwie, więc postanowiliśmy zmienić lokal na mniej obskurny i najlepiej z muzyką. Ponieważ nieopodal takowy egzystował droga była krótka i mało męcząca. W tanc-budzie kłębił się tłum i samo życie. Annie była w swoim elemencie, czyli ogarnął ją żywioł skłębionych ciał, my popijaliśmy piwo. Problemy powstały gdy Annie zaczęła się coraz bardziej podobać, a my coraz mniej. Glenn zatopiony w pogawędce z Barmanem, właścicielem budy nie zwracał uwagi na przebieg wydarzeń. A przebiegały one szybko, energicznie i bez ceregieli.

Miejscowe siły w swych odruchach nie różniły się niczym od sił miejscowych z Sochaczewa, choć wtedy jeszcze Polska nie była w Unii. Proszę jaki ten świat jest mały. W końcu zrobił się wielonarodowy młyn, w którym poddani Królowej Brytyjskiej uzyskiwali przewagę liczebną, posługując się krzesłami w stylu wiktoriańskim, a my z Jacusiem staraliśmy się bronić honoru Orła Białego, gołymi rękami. Te wesołe przekomarzanie się przerwał barman za pomocą kija bejsbolowego, opowiadając się wyraźnie po naszej i mebli stronie. Dla uniknięcia naprężenia w stosunkach między naszymi zaprzyjaźnionymi narodami, barman Bob zamówił taksówkę i poradził by dzisiaj raczej nie pojawiać się na ulicach tego przyjaznego miasta.

Jego klientela nie jest wprawdzie pamiętliwa, ale aktualnie nie jest tego świadoma bo ma dobrze w czubie, więc lepiej nie ryzykować. Generalnie to on bardzo przepraszał i zapraszał do złożenia ponownej wizyty w spokojniejszych czasach. Pęknięta rura oraz miejscowe siły nie nastrajały nas do dalszej zabawy w plenerze. Zdecydowaliśmy się na taktyczne rozlokowanie sił, co w języku militarystów oznacza po prostu wycofanie.

Na statku opatrzyliśmy rany bitewne, postanawiając wypić po piwie na poczet, w naszych oczach moralnie wygranej bitwy. Ponieważ Annie była rozanielona faktem bycia przyczyną konfliktu międzynarodowego, postanowili z Glennem, że defilada zwycięstwa odbędzie się w ich kabinie. Tam powiadomili nas, że za zasługi dla Imperium Brytyjskiego i dla własnej wygody przydzielili nam nowe imiona. Tym sposobem zostałem Rocky’m a Jacuś Top-Gun’em.

Annie była zdania, że głównym powodem rozgardiaszu był nasz obcy akcent, więc powinniśmy co nieco popracować nad tym, przecież to nie takie trudne. Zapytałem zatem czy byłaby w stanie po polsku powiedzieć Top-Gun. No oczywiście - Annie nie miała co do tego jakichkolwiek wątpliwości - a jak jest po polsku Top-Gun? To proste droga Annie, po prostu Broń Najwyższego Rażenia. Annie pomyślała chwilę, zmarszczyła brew i doszła do wniosku że to jednak nie akcent był powodem zadymki. W końcu przy Sinatrze nic jej nie przeszkadzało.

Nasze rozważania językowe przerwał Glenn, wyjaśniając powód swej wycieczki do miasta. Uśmiechnął się i wydobył z szuflady Video-kasetę “Top 20 of The Beatles”, w wersji Caraoke. Reszta wieczoru przebiegała nad wyraz sympatycznie, tym bardziej że nie było potrzeby odganiania kogokolwiek od mikrofonu. Około 23:00 w kabinie Glenna siedziała prawie cała załoga, śpiewając “Lucy in the Sky with Diamonds”. Szczególnie Lucek był szczęśliwy, myśląc że to o nim śpiewamy. Poniekąd miał rację. Desperado też był w siódmym niebie. Tego wieczoru czuliśmy się wszyscy bardzo szczęśliwi. Było to takie dziwne uczucie solidarności i może czegoś jeszcze. Nie dzieliły nas jakoś różne narodowości, kultury, religie, stanowiska czy wreszcie kolor skóry. Łączył nas pokład statku. Tego wieczoru byliśmy załogą, zapominając urazy i grzechy. Takie chwile zdarzają się rzadko i warto czasami dostać po mordzie aby to przeżyć.

 czytaj dalej...

LiniaEnd

VISITORS