kupic nie kupic
nemopic nemoabyss
crew2
Linia
glob
linieStil

Established April 2004 - Last Update 18.09.2016

linieStil

 Kupić nie kupić potargować warto - 07.07.2012

Wtedy spełniło się to, co powiedział prorok Jeremiasz:
Wzięli trzydzieści srebrników, zapłatę za Tego,
którego oszacowali synowie Izraela.
I dali je za Pole Garncarza, jak im Pan rozkazał.

Tak powiadają mądre księgi. Pominę fakt, że srebrniki wyszły z obiegu kupę lat wcześniej, pominę fakt, że jak twierdzą znawcy przedmiotu Judasz dostał polecenie by zdradzić, gdyż nic tak nie umacnia wiary jak martyrologia. To i tak są historie na temat których można się spierać w nieskończoność jak o to, którą nóżkę wróbelek ma bardziej. Dowodzi to tylko jednego, pieniądze za drobne przysługi brano i dawano od zawsze.

Już drugi raz w państwie niemieckim jedna głupia dyskietka komputerowa doprowadziła do narodowej dyskusji i histerii na miarę lepszej sprawy. Zacznę jednak od faktów, które dla każdego są chyba jasne, ale nie zawadzi ich przypomnieć. Ludzkość dzieli się tylko na dwie kategorie. Pierwsza siedzi na kanapie i ładnie pachnie a druga pracuje na tą pierwszą. Zabrzmiało to bardzo po Marksistowsku ale tak miało zabrzmieć, gdyż tak po prostu jest. Statystyczny człowiek, odbijający o szóstej rano kartę w fabryce laminatu, ma wrażenie, że jej właściciel to wypomadowany obibok zajmujący się balowaniem, odsypianiem i zastanawianiem się co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Mam podejrzenie, że Statystyczny bardzo się myli. Właściciel tego geszeftu, wraz z jego doradcą prawnym od świtu łamią sobie głowę nad tym, co zrobić z zarobionym szmalem by nie był on bezmyślnie wydany na tak poronione inwestycje jak budowa żłobków, przedszkoli, szkół, szpitali, domów starców, dróg, a już nie daj boże na pomoc socjalną tym którzy z powodu kryzysu nie znaleźli pracy nie tylko w fabryce laminatu, ale nawet w fabryce wykałaczek. Mówiąc językiem zrozumiałym, zastanawiają się jak uciec od parszywych podatków, którymi państwo potem tak lekkomyślnie dysponuje bez ich wiedzy.

 

Doskonale rozumiem ich problem, często w Polsce na parkingu, około dziewiątej rano, dopada mnie jakiś lekko chwiejący się gość i prosi mnie o kilka złotych na chleb dla dziecka. Pytam wtedy przeważnie, ile panu brakuje do wina i wręczam facetowi wymienioną sumę. Mam święty spokój gdyż suma kilku złotych nie uratuje mi życia, a jemu przeważnie tak, a i samochodu nie będę miał porysowanego. Co by było jednak, gdyby flaszkowicz zaproponowałby mi bym na jego hulaszcze hobby oddawał mu miesięcznie jakieś drobne dwadzieścia procent zarobków? Podejrzewam, że parkowałbym na innym parkingu, na który dyskretna obsługa nie wpuszcza byle kogo. Właśnie, tak sobie myślą imperialista i jego prawnik i parkują zarobioną kasę, a przynajmniej jej sporą część na parkingach w Szwajcarii, Liechtensteinie, Monako, na Kajmanach i innych ustronnych miejscach. I tu zaczyna się afera, gdyż jak dotąd dyskretna obsługa parkingów, zrobiła się bezczelna, arogancka i gadatliwa. Ach ten personel, niczym im nie dogodzisz.

Jakieś dwa lata temu jeden z pracowników banku w Liechtensteinie, sprzedał niemieckiemu urzędowi skarbowemu dyskietkę z dowodami przekrętów podatkowych jakich dopuścili się znani i poważani obywatele republiki. Zrobiono pokazówkę, czyli rano zatrzymano obywatela Klausa Zumwinkla, zrobiono rewizję w jego willi i biurach i odwieziono oszusta do prokuratora na przesłuchanie. Na Dzień Dobry, zarzucano Klausowi W. jakieś (bagatela) dziesięć milionów przekrętu na podatkach. Proszę dobrze zrozumieć, nie chodzi o to, że biznesmen nie zapłacił podatku od dziesięciu milionów. Chodziło o to, że przetransferował na banicję podatkową tyle kasy, że podatek od niej wynosiłby właśnie dychę. Ale to było rano. Wieczorem, po interwencji batalionu wrogo nastawionych adwokatów zrobił się z tego tylko milion. Nie byłoby w tym nic interesującego gdyby nie to, że Klaus Zumwinkel był wieloletnim szefem Niemieckiej Poczty, członkiem rad nadzorczych takich firm jak Deutsche Telekom, Allianz, Lufhansa i kilku innych. Na dodatek za zasługi dla heimatu był nagradzany i dekorowany wielokrotnie, na przykład Wielkim Krzyżem Zasługi. Przyjaźnił się z wieloma politykami i chyba przyszło mu do głowy któregoś dnia, że jest nie do ruszenia. W sumie niewiele się mylił, gdyż rok później sąd skazał go na drakońską karę aż dwóch lat więzienia w zawieszeniu i na oddanie zaległych podatków. Ordery oddał Klaus po dobroci.

Media zapowiadały, że na dyskietce znajduje się jeszcze wiele innych prominenckich nazwisk i Zumwinkel to dopiero czubek lodowej góry. I że oni, znaczy dziennikarze, będą trzymali rękę na pulsie. Na tym się jednak skończyło, góra pożeglowała na południe i roztopiła się w słoneczku ważniejszych wydarzeń, jak na przykład pochówek króla pop muzyki Michaela Beznosego, rozwód lekko zużytej Ivany Trump, ślub Borysa Beckera i inne wydarzenia z udziałem lub bez udziału Paris Hilton. Byłoby więc ślicznie i przytulnie gdyby nie jakiś zestresowany pracownik, tym razem szwajcarskiego banku. Zaproponował on był kilka dni temu republice niemieckiej sequel serialu  Dyskietka, tym razem pod tytułem  Trefna Dyskietka- reloaded. Pochwalił się, że nośnik informacji zawiera jakieś tysiąc nazwisk z dowodami na przekręt podatkowy na łączną sumę około 150 mln. Euro. Drobnostka. Facet zdaje sobie sprawę, że dyskietka w sklepie kosztuje jakieś 50 centów, ale u niego jakieś dwa i pół miliona bo jest wypasiona jak jasny gwint. Niemcy kupili dysk i to właśnie rozpętało narodową dyskusję na temat czy rząd demokratycznego państwa prawa, powinien kupować informacje zdobyte nielegalnie, czyli pochodzące z przestępstwa. Całe rzesze purystów prawodawstwa z kręgów niemieckiej inteligencji, miast cieszyć się, że ich państwo odzyska należną mu kasę zastanawia się czy Bundesrepublika nie postawiła się w roli Pasera. Pomstują, że kto jak kto, ale cywilizowane państwo nie powinno ubijać interesów ze złodziejami i inne takie naiwne dyrdymałki. Jeden z argumentów brzmi, że zakupienie dyskietki zachęca innych do czerpania korzyści materialnych z przestępstwa, czyli opylania nielegalnych kopii. Jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że nie zakupienie takowej zachęca całe rzesze cwaniaczków do okradania państwa i do wywożenia nielegalnych pieniędzy do oaz podatkowych. No ale to jeszcze pryszcz, gdyż słyszałem nawet taki argument, że Niemcy po doświadczeniach lat trzydziestych i eksperymencie zwanym NRD, nie mogą sobie moralnie pozwolić na takie interesy. Nie będę się tym zajmował, przytoczyłem to jedynie jako kuriozum myśli tępogłowej.

Zapragnąłem i ja zabrać głos w dyskusji. Jestem zdania, że pani Merkel dobrze zrobiła kupując trefny towar, ale to nie ma tu znaczenia. Chodzi mi o to, że taka sytuacja jest typowa dla liberalnej Europy. Obojętnie czego ona dotyczy, czy to zwalczania terroryzmu, czy oszustów podatkowych, czy karania przestępców, zawsze znajdzie się grupa inteligenckich filozofów, dzielących włos na czworo i ściągających skórkę z gówna, miast przyjrzeć się faktom. A fakty są jakie są i bez makijażu wyglądają jak uliczna dziwka o siódmej rano.

Po pierwsze, od zawsze każde państwo chodziło na układy z moralnie podejrzanymi typkami, wtedy gdy państwu to się opłacało. Zawsze odbywało się to na zasadzie cichego układu. Facet robił mokrą robotę dla siebie i państwa, mając jego pomoc i częściową ochronę, no chyba że mu się noga powinęła to wtedy  my się nie znamy. Pozwolę sobie przypomnieć dwa przypadki, oba dotyczące bardzo ciekawej historii Wielkiej Brytanii, przodowniczki w ciemnych interesach. Niejaki Cecil Rhodes, osobnik bardzo obrotny choć chorowity stał się pod koniec dziewiętnastego wieku potentatem wydobycia i handlu złotem oraz diamentami. Działał na terenie Afryki Południowej, mając praktycznie prywatną armię uzbrajaną po zęby dzięki uprzejmości korony brytyjskiej. Cecil, nie omieszkał odwdzięczyć się koronie oddając do jej dyspozycji kilka hektarów ziemi zwanych kiedyś Rodezją, a dzisiaj Zimbabwe i Zambia. Pomijam drobne interesy Cecila, takie jak pacyfikacje pod kopalnie olbrzymich obszarów afrykańskiej ziemi, fizyczna eksterminacja ludności tubylczej, niewolnictwo i inne rzeczy którymi korona brytyjska nie chciała sobie brudzić rąk przed lunchem. Drugim przykładem podejrzanych konszachtów był Francis Drake, pirat angielski łupiący statki hiszpańskie i portugalskie za cichym przyzwoleniem królowej Elżbiety I. Takie były czasy, że Anglia nie prowadziła wtedy oficjalnej wojny z Iberyjczykami, ale pasowało jej nieoficjalne utrudnianie handlu zamorskiego. Drake był tak obrotnym gościem, że dochrapał się nawet tytułu Admirała. Ale to wszystko było dawno i nieprawda, więc lepiej popatrzeć na podejrzane moralnie interesy z czasów nowożytnych.

Każdego dnia na całym świecie różni osobnicy legitymujący się kilkoma lewymi paszportami, robią rzeczy o których nie opowiada się cioci na jej imieninach, nawet jeśli ta ma silne nerwy. Ci małomówni faceci zajmują się wykradaniem tajnych technologii lub planów strategicznych, mordowaniem innych również małomównych facetów, celowaniem z broni snajperskiej w głowy mniej lub bardziej znanych osobistości, organizowaniem przewrotów i rewolucji wyzwoleńczych w odległych krainach, szantażowaniem polityków innych państw lub dla ożywienia akcji podrzucaniem im do wyrka trupa prostytutki. Dodatkowo parają się torturowaniem innych patologicznie małomównych posiadaczy wielu paszportów, wysadzaniem w powietrze opornych wraz z ich samochodem, truciem upartych i innymi czynnościami określanymi jako mało eleganckie i prawem zakazane. Ci pracowici goście wykonują swój podły job przeważnie dla znanych i lubianych organizacji zwanych wywiadem lub kontrwywiadem. Głowy państwa by mieć jako-tako czyste sumienie, przeważnie nie lubią tego wszystkiego wiedzieć o swoich wywiadach, więc szczegóły pozostawiają jakiemuś smutnemu człowiekowi zwanemu szefem CIA, KGB, i jak je tam jeszcze zwał, a w każdym państwie inaczej. Nigdy nie słyszałem by ktoś z tego powodu krzyczał, że państwo firmuje podejrzane interesy. Cicho sza i siedemnaście mgnień wiosny. Tylko jeden raz zdarzyło się, że trochę popsioczono na tak zwanej arenie międzynarodowej. W maju 1960 roku okołu 30 agentów Mossadu udało się do Argentyny i porwało z niej byłego SS-Obersturbannführera Karla Adolfa Eichmanna. Wszystko dlatego, że Argentyna nie chciała bandyty wydać Izraelowi po dobroci czyli metodą ekstradycji. Izraelczycy zrobili po swojemu, łamiąc wszystkie międzynarodowe przepisy prawne i dyplomatyczne. Psioczono więc trochę, choć tylko teoretycznie, gdyż generalnie każdy normalny człowiek moralnie popierał argentyński rajd izraelskich służb specjalnych. Wkrótce zapomniano o wszystkim i życie toczyło się dalej, tyle że nie to Karla Adolfa bo chłop został słusznie powieszony. Tyle na temat tego co państwu wolno a czego nie. Bo państwu wolno wszystko na co sobie w jego obronie pozwoli.

Nie wiem czym kierują się owi puryści moralni. Pojedynek pomiędzy państwem a kryminalistami, terrorystami czy po prostu bandytami jest pojedynkiem nierównym. Gdyby państwo trzymało się panicznie litery prawa, byłby pojedynkiem z góry skazanym na przegraną. Jest tego jeden powód, bandyci nie mają żadnych zasad i zdają sobie sprawę, że państwo jest nimi omotane jak mucha pajęczyną, więc bezbronne. Kupując wspomnianą dyskietkę Niemcy zrobili oszustom małe kuku, pokazano że my też potrafimy grać znaczonymi kartami. Ups, niespodzianka. Na podobnej zasadzie jeszcze za czasów zimnej wojny Rosjanie odstrzelili nad Sachalinem pasażerski samolot koreańskich linii lotniczych. Samoloty tych i innych linii niby przypadkowo notorycznie zbaczały z kursu by pobłądzić trochę nad ZSRR. Wiadomo o co chodziło. No to Rosjanie niby też przypadkowo zestrzelili intruza. I znowu, jak to w życiu, świat trochę poburczał i przestał, a samoloty przestały nagle zbaczać. Proste.

Nie żyjemy w idealnym świecie, więc przynajmniej ja nie obrażam się na panię Merkel, że kupiła od drobnego złodziejaszka dyskietkę aby złapać bandę rabusiów. To są także moje pieniądze. A tym gościem ze Szwajcarii, niech martwią się Szwajcarzy. Może bank obiecał mu jakieś zaszczyty i nie dotrzymał obietnicy, więc facet się zemścił. Pracodawcy często obiecują różne rzeczy i wiedzą że to bałach na Grójec, potem dziwią się gdy pracownikowi odpali i narobi smrodu. A przecież był taki cichy i sumienny, tyle lat, kto by się spodziewał.... a jak on w ogóle się nazywa? Chyba jakoś na  K, albo na  N...

I wiadomość z ostatniej chwili. Jak powiadomiły dzisiaj media, propozycje zakupu podobnych dyskietek wyrastają od kilku dni jak grzyby po deszczu. A ja sobie na to patrzę i czekam. Ciekaw jestem kto pierwszy zacznie wystawiać taki towar na Ebayu. Już ja sobie wyobrażam jaki popłoch panuje w kuluarach szwajcarskich banków. Jak dotąd ich właściciele nie interesowali się skąd pochodzą pieniądze, złote sztabki w sejfach i inne precjoza. Dyskrecja i brak zainteresowania szczegółami były wręcz rękojmią szwajcarskiej solidności. Czasy się jednak zmieniają, a z duchem nowych czasów poszli pracownicy jakby trochę niedopieszczeni i tych zacnych i moralnie neutralnych instytucjach pojawił się Big Brother. Wesołej zabawy.

LiniaEnd

VISITORS