Montrose
nemopic nemoabyss
crew2
Linia
glob
linieStil

Established April 2004 - Last Update 18.09.2016

linieStil

Montrose - czyli ostatnie dni Pompei

Montrose jest przyjemnym szkockim porcikiem. Ładowaliśmy tam rzepak, przywożony prosto z pól, więc wszystko odbywało się spokojnie, pod dyktando szkockich żniwiarzy. Rzepak był przeznaczony dla holenderskiego odbiorcy z Rotterdamu, a tam właśnie miała przyjechać Jola i zostać na statku jakieś cztery tygodnie. Chadzałem więc radosny, a Glenn wraz z Annie podśmiewali się, że w końcu zostanę złapany za mordę i będę jakiś czas chodził jak w zegarku. Ogłosiłem więc “Ostatnie dni Pompei”, czyli mojej wolności, nim za mordę zostanę złapany. Szkoci skończyli pracę około siedemnastej, panował więc wakacyjny nastrój. Annie z Glennem umówili nas w Pubie “White Horse”, na oblewanie moich ostatnich podrygów.

Postanowiliśmy po zakończeniu pracy wybrać się do pobliskiej knajpy portowej na piwo, a około osiemnastej pojechać taksówką do owego “Białego Konia”. Tak też się stało. Jak to w portowej knajpie, Annie była jedyną kobietą, Szkoci leniwie pili piwo, zastanawiając się czy pić dalej czy wracać do swoich gderających żon. Gapili się bez emocji na wiszący nad barem telewizor, w którym podawano wiadomości na temat skandali w rodzinie panującej. Czekaliśmy na pojawienie się TopGuna i Lucka, bo Desperado postanowił pilnować statku.

Skończyły się wiadomości i rozpoczął serial “Coronation Street”, czyli nasi “Złotopolscy”. Barman automatycznie zmienił kanał, co niesłychanie oburzyło Annie. Nie oglądała wprawdzie poprzednich dwustu odcinków, ale te da się streścić w trzech zdaniach, więc oburzenie było tym większe. Szkoci obudzili się co nieco i rozgorzała poważna dyskusja. Dokerzy twierdzili, że nie po to przychodzą do pubu, by seriale dla bab oglądać. Taki argument dopiekł Annie dokumentnie, więc zastosowała swój standardowy trik z Męskimi Szowinistycznymi świniami, kierując te słowa wymownie w stronę barmana-ownera. Barman rozbawiony, przerzucił kanał z powrotem na serial i udał się na zaplecze. Szkoci pomrukiwali złowrogo. Po chwili pojawił się znowu, a na jego wyświechtanej koszuli wił się czerwony krawat, na którym pysznił się dorodny różowy knur, a napis pod zwierzakiem informował, że właściciel jest “Męską szowinistyczną świnią”. Radości nie było końca. Annie ucałowała szowinistę i dalej przekomarzaliśmy się głośno, nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na losy bohaterów z ulicy “Coronation”. Z radosnej dyskusji wyrwali nas znienacka Szkoci. Któryś z nich wnerwiony do upadłego wrzasnął:

-Fuckin’ Hell, zamknijcie się, bo telewizji nie można oglądać.
Spojrzeliśmy po sali. Szkoci siedzieli jak makiem zasiał i oglądali “serial dla bab”. Zajechała nasza taksówka, więc trzeba było się ewakuować. Za nami wybiegł barman i darł się wygrażając palcem:
-Nie macie tu więcej wstępu - groził - zobaczcie co zrobiliście z porządnego pubu.
-Za piętnaście minut - odkrzyknęła Annie - będzie program o szydełkowaniu, może wam się spodoba.

Taksówka wiozła nas w stronę miasta. W “Białym Koniu”, Annie przedstawiła nas właścicielowi, który jak się okazało ma babcie Polkę. Krótko streściła historię z Dover, co spowodowało że pół Szkot, pół Polak był już zupełnie kupiony. Opowiadał, że po obaleniu komuny babcia postanowiła odwiedzić wolną ojczyznę i zabrała go w tą podróż ze sobą. Babci tak się podobało, że po dwóch tygodniach pobytu postanowiła nie wracać do Montrose. Dopiero pod groźbą, że jak nie wyjadą natychmiast to jej wnukowi wątroba wysiądzie na dobre, zdecydowała się opuścić ojczyznę drugi raz, obiecując że jeszcze tu wróci. Od tego momentu spędzają tak każde wakacje, co spowodowało że nasz nowy przyjaciel ma tak dziewczynę i całkiem poważne plany życiowe.

Po drugiej stronie sali, odbywała się stypa. Na honorowym miejscu siedział wdowiec otoczony żałobnikami. Staraliśmy się zachowywać w miarę spokojnie, by tym z drugiego końca nie psuć uroczystości. W miarę wznoszenia toastów za nieboszczkę, żałobnicy robili się coraz bardziej aktywni. Po jakimś czasie śpiewali już i tańczyli, widocznie każdy naród ma swoje tradycje i zwyczaje. Potem porozłazili się po sali. Właściciel “Białego Konia” stawiał wszystkim drinki na cześć polskich przyjaciół, którzy pod Dover Anglików pobili.  Z każdą pintą piwa liczba pobitych Anglików rosła, ich stan się raptownie pogarszał, a liczba naszych przyjaciół galopowała do przodu. Przedstawiał nas wszystkim dokoła.

Rozochocony wdowiec stawiał także, tyle że za zdrowie żony. W końcu podszedł do Annie, oświadczając się jej szarmancko słowami “You are very atractiv Woman”. Był wprawdzie rozczarowany, że Annie nie jest Polką, ale oświadczyn nie cofnął z tak błahego powodu. Lubił ciągłość w swoim życiu. My też stawialiśmy i pili  za zdrowie Szkotów, żony nieboszczki  i ogólnej przyjaźni pomiędzy naszymi narodami. Znalazł się ktoś, kto znał kogoś, kto miał w rodzinie polskiego lotnika, podobno zacnego chłopa, prawie jak Szkoci, więc też stawiał.

Krótko po północy pojawił się miejscowy policjant, myśląc że odbywa się jakaś zadyma i trzeba interweniować. Chciał koniecznie uciszyć towarzystwo i zakończyć party, takie przepisy. Ponieważ każdy starał się mu coś wytłumaczyć, biedny policjant zrozumiał jedynie, że umarł jakiś Polak, Annie jest wdową po tańczącym krakowiaka Szkocie, Anglia przestała praktycznie istnieć, Dover leży w gruzach i trzeba to oblać. Właściciel darł się, że jedzie na stałe do Polski, bo to piękny kraj, więc można pić na jego i babci rachunek. Kto mógł spodziewać się, że moje słowa o ostatnich dniach Pompei spełnią się tak wspaniale?

Następnego dnia miał zakończyć się w końcu załadunek, ale zabrakło kilkudziesięciu ton. Liczyłem stateczność w nadziei, że może da się bez tej końcówki jechać do Rotterdamu. W końcu czekała am na mnie Jola. Nic z tego, rzepak jest trudnym ładunkiem (zachowuje się jak woda) i wychodziło mi, że albo będzie ładunku po same klapy, albo klapa z nami. Musieliśmy zostać jeszcze jeden dzień. Wybraliśmy się więc z Glenenm do miasta na zakupy. Nie wiem czemu, ale podejrzanie wielu ludzi pozdrawiało nas na ulicach, w sklepie ktoś poklepywał mnie po ramieniu, a nawet jakiś policjant, ku sporemu zdziwieniu Glenna, prosił by przekazać Annie kondolencje. Glenn kazał się uszczypnąć.

Wieczorem dowieziono brakujący rzepak i mogliśmy wybrać się w drogę. Opuszczaliśmy cudowne Montrose, a witało nas spokojne rozmigotane gwiazdami morze. Jak dobrze, że istniejesz, bez ciebie porty nie miałby sensu.

LiniaEnd

VISITORS