Off & On
nemopic nemoabyss
crew2
Linia
glob
linieStil

Established April 2004 - Last Update 18.09.2016

linieStil

Off & On again

Z biletem lotniczym linii lotniczych Sabena, stałem na lotnisku w Brukseli, wściekły na holenderski wymiar niesprawiedliwości, licząc na cud. Cud miał się stać już za kilkadziesiąt minut, ale tego jeszcze nie wiedziałem, i może lepiej. Lot do Berlina początkowo odbywał się standardowo. Za chmurami zniknęły światła miasta, stewardesy roznosiły mikro-drinki, plastikowe jedzenie i przylepione do twarzy uśmiechy. Swoją drogą ciekawe stworzenia te stewardesy - pomyślałem sobie - one chyba każdego ranka malują sobie te uśmiechy na twarzach. Inny dostałby już dawno skurczu obu szczęk, a może to są cyborgi albo druidy? Coś dziwnego jest w tych, kobietach, takie uprzejme, dobrze ułożone i ugrzecznione. A może po pracy przebierają się w lateksowe mundurki i tłuką pilota pejczem? Te pogodne i urocze myśli przerwane zostały tak szybko jak się pojawiły w mojej głowie
Jak grom z jasnego nieba opadły przed nasze nosy maski tlenowe w uspakajającym nerwy żółtym kolorze. Zgasły światła, a ja doszedłem do wniosku że ważę mniej niż przed minutą, co jest dowodem,że tracimy szybko wysokość. Z głośników bohaterski pilot powiadamiał, że to tylko drobna awaria, więc tak dla świętego spokoju powinniśmy zapiąć pasy, założyć maski, oprzeć się o oparcia foteli, złożyć stoliki i nie zanieczyszczać otoczenia płynami ustrojowymi. W tej samej chwili z pobliskiej toalety wyskoczył gość z gaciami opuszczonymi do kostek, zaklinając się że niczego tam nie dotykał i to nie jest jego wina. Stewardesy skompletowały facetowi garderobę, po czym machając rękami namawiały do nie popadania w panikę. W końcu przytroczyły się do swoich foteli tak definitywnie, że im oczy powyłaziły na szypułki. Postanowiłem by w tak patetycznej chwili, całe moje życie przed oczyma mi przeleciało jak film, co pomaga w podobnych sytuacjach uczynić rachunek sumienia. Nic nie chciało mi niestety przelatywać przez głowę, z wyjątkiem żalu do holenderskiej policji. Gdyby nie ona siedziałbym sobie spokojnie w jakimś sztormie o sile 10 stopni w skali Bouforta, zamiast nastawiać dupy w przestworzach. W samolocie to ja się czuję zazwyczaj jak były obywatel, byłego ZSRR. Siedzę w środku, na nic nie mam wpływu i nie mogę sobie wyjść gdy mam nagle taki kaprys.
 

Po jakimś chyba roku z okładem, pilot powiadomił, że będziemy podchodzili do lądowania i faktycznie bo samolot po ominięciu kilku budynków, jednej wieży TV i jednej radiowej, usiadł na płycie lotniska Tempelhoff, z gracją ubojowego knura. Stewardesy odpasały się, schowały oczy do oczodołów, poprawiły uśmiechy i zaprosiły do ponownego podróżowania liniami Sabena. Pasażerowie całowali płytę lotniska, niepalący prosili palących o papierosa, a palący palili po trzy naraz. Znowu świat wydawał się taki piękny.

Z tego wszystkiego przez pierwsze trzy dni w domowych progach, nie myślałem nawet o powrocie na statek. Jak się miało okazać słusznie nie zawracałem sobie tym głowy, gdyż Zoran sam rozwiązał problem. Po prostu drugiego dnia po przyjeździe....zwariował. Zamknął się w kabinie na trzy spusty i nie wychodził przez dwa tygodnie. Przyzwyczaił się do przebywania w celi, czy jak? Było to dla Glenn’a o 15 dni za dużo. Nikt nie wie czym się Zoran żywił, ważne że w Swansea, dwaj sympatyczni goście o wadze 120 kg każdy, podarowali mu twarzową kurteczkę o przydługich rękawach i do tego zapinaną na plecach. Glenn zadziałał błyskawicznie i za sprawą postradania zmysłów przez Zorana, ku swej radości jechałem na statek i ku swej rozpaczy siedziałem znowu w samolocie. Tym razem była to śliczna i zadbana maszyna Lufthansy, a stewardesy były jakby mniej zestresowane niż ja. Widocznie nic nie wiedziały o liniach Sabena i byłych obywatelach, byłego ZSRR. Ja im tego nie miałem zamiaru tłumaczyć. Podróż minęła bez większych stresów, jeśli nie liczyć naprawy silnika na naszych oczach krótko przed odlotem, grupy hindusów wpadających w stan nirwany przy byle turbulencjach, pewnego spoconego grubasa nerwowo wciągającego piąte opakowanie czipsów, bachora kopiącego w mój fotel i piwa rozlanego z tego właśnie powodu. Tak więc już po kilku zdjętych strachem godzinach, znalazłem się w walijskim porcie Swansea, ciesząc się że żyję. Od opuszczenia statku w Antwerpii minęło ledwie niecałe trzy tygodnie, a ja znowu stałem na nabrzeżu, patrząc na ten dumny statek. I znowu nie wiedziałem co mnie czeka. Nigdy tego na szczęście nie wiemy.

The day after

Lady Rea przypominała tym razem scenografię do filmu “The Day After” i to w wydaniu hardcorowym. Szczególnie moja kabina, którą Zoran przerobił na swój ostatni szaniec, przypominała subway w Bronxsie lub jak kto woli dom kultury w Srebrenicy po nalocie. Większy porządek panuje chyba w rumuńskim tobołku. Wszędzie walały się niedopałki, tajemniczo obcięty piłą stół, pozrywane firanki, walające się pomiędzy dokumentami statkowymi puszki i flaszki, komponowały się świetnie z brązowymi od nikotyny szotami i żółtą od uryny umywalką. Nie bardzo było wiadomo gdzie można bezpiecznie postawić stopę, nie mówiąc już o torbie. W tym domu straszy - Ghost Busters !!!!

Annie, ukochana Glenn’a była pierwszą spotkaną na burcie osobą. Annie była mi znana jedynie za sprawą telefonu komórkowego Glenn’a. Otóż Glenn miał zwyczaj hipnotyzowania siebie i innych widokiem swojej komórki, powtarzając z częstotliwością cyklotronu, tajemnicze zaklęcie: Baby Call Me!, a my darliśmy się PLEASE !!!!! Następnie Glenn zapadał w stan rozpaczliwej tęsknoty, więc wnosiliśmy, że musi ten Glenn kochać Annie. Robił ten numer z komórka nawet gdy statek już dawno wyszedł z zasięgu sieci i ludzkiej wyobraźni. Annie natomiast znała mnie także z opowiadań, które ograniczały się u Glenn’a do stwierdzenia: Sama zobaczysz.

Jak to się czasami przytrafia, przypadliśmy sobie z Annie z punktu do gustu. Po krótkiej rozmowie Annie straciła ten wyraz oczu “No Future” i doszła do wniosku że skoro i ja i Glenn, twierdzimy że będzie dobrze, to będzie. Tyle że ja nie wiedziałem jeszcze wszystkiego. W międzyczasie pojawił się sam Glenn, usmarowany towotem i olejami, więc ogólnie nie wyglądał zbyt elegancko. Co się za tym kryło dowiedziałem się po ich relacji dotyczącej ostatnich dwóch tygodni. Otóż Glenn od momentu zabarykadowania się Zorana, ciągnął sam wachty na mostku prawie non-stop. Spał na mostku w pozycji Stand-by, każąc się budzić gdy w zasięgu gołego oka pojawi się cokolwiek. Caboverdianie zamiast pracować na pokładzie, sterczeli spanikowani na mostku robiąc za uszy i oczy Glenn’a, gdy ten próbował zdrzemnąć się choć kilkadziesiąt minut. Dla urozmaicenia sytuacji, dwa porty wcześniej zachorował Andrzejek i na jego miejsce zamustrował nowy Chief-mechanik, który okazał się być profesjonalnym desperado. Jak szybko się okazało, Desperado ma tyle pojęcia o silnikach okrętowych co Glenn o przerywaniu ciąży, z tym że Glenn nigdy nie odważył się na przeprowadzenie skrobanki, a Desperado nie był tak powściągliwy jak Glenn. Zapanowała szokująca cisza, którą przerwałem niepewnie ni to pytaniem, ni to stwierdzeniem : Shit happend - but we are professionals. Wzięliśmy się do roboty.

Annie zobowiązała się doprowadzić moją kabinę do stanu co najmniej poprzedniego, a ja w tym czasie starałem się ogarnąć ten cały nieład w dokumentacji, mapach i wydawnictwach, no i na pokładzie. Glenn natomiast poszedł pilnować Desperada, by nie rozwalił więcej niż konieczne.
Podczas gdy starałem się opanować sytuację, pojawił się na mostku Lucek i zrelacjonował mi przebieg wydarzeń z punktu widzenia Lucka. Jak kiedyś powiedział Albert Einstein, są ludzie mający tak ograniczone horyzonty, że nazywa się je punktem widzenia. Więc świat według Lucka miał się tak: Zoran był złym człowiekiem, gdyż nie przychodził na posiłki, które to Lucek w pocie czoła fabrykował także dla Zorana. Postradanie zmysłów nie jest dla Lucka wystarczającym powodem by nie jadać Luckowych potraw. I tu miał rację gdyż gotował wyśmienicie. Dla rozbawienia siebie i Lucka, Zoran walił po nocach pięściami w szot Luckowej kabiny, obiecując mu nagłą i bolesną śmierć, jeśli nie wypożyczy Zoranowi natychmiast patelni. Lucek nie dał nawet wykałaczki, tylko zamknięty na trzy spusty, czekał ranka z toporem strażackim w ręku. Desperado natomiast jest klasa-gość, bo posiłków nie opuszcza, smakuje mu wszystko bez wyjątku, ma też w Lucku absolutny autorytet moralny i tylko ten Glenn się Desperata czepia z byle jakich powodów i ogólnej do niego niechęci.

Nie byłem całkowicie pewien czy kompletny Black-out wszystkich urządzeń podczas manewrowania statku w porcie, jest dobrym świadectwem dla Chiefa mechanika, i przyspieszony puls Glenn’a jest spowodowany jedynie ogólną niechęcią. Dla Lucka było jednak ważne, że w osobie Desperado uzyskał wiernego słuchacza, którego los potraktował jeszcze gorzej niż Lucka, co zawsze przecież cieszy serce i duszę. Tak to już w życiu jest, że jak dobry bóg chce kogoś pokarać to rozum mu odbiera, a nieszczęścia chodzą parami. No i chodziły, bo nikomu z nich nie przeszkadzało. że Lucka skrzywdził Stalin z Churchilem do spółki, a Desperado ma swych oprawców w osobie Glenn’a i jakiegoś anonimowego producenta maszyn okrętowych. Jednoczyła ich niesprawiedliwość losu i to im wystarczało do wielkiego uczucia.

W międzyczasie zakończono załadunek stali i krótko przed północą statek był w zasadzie gotowy do wyjścia w morze. Aby nie wszystko wyglądało na katastrofę, przyroda dała nam piękną księżycową noc i statek lekko z gracją kołysał się na falach w stronę południa Europy. Annie zakończyła restaurowanie mojej kabiny i na koniec wywiesiła napis “MIN NIET!”. Chłopcy klarowali pokład, a ja poczłapałem na mostek, gdzie Glenn opanowywał rozpaczliwie senność.
 - Dobrze że przyjechałeś - powiedział szczerze i uścisnął mnie bardzo mocno. Poklepałem go mocno po plecach i poradziłem by poszedł spać i przyszedł jak się wyśpi, nie wcześniej. Glenn jeszcze w drzwiach machnął ręką i na odchodne zauważył optymistycznie: Welcome to the Frick-Show. I hate this job.

Siedziałem w fotelu popijając chyba czterdziestą dzisiaj kawę i paląc chyba siedemdziesiątego papierosa. Spoglądałem na rozmigotany księżycem horyzont. Obok leżała moja komórka, spojrzałem na nią i wypowiedziałem tajemnicze zaklęcie: Call me Baby! Byliśmy już poza zasięgiem, ale czy komuś to kiedykolwiek przeszkadzało?

czytaj dalej...

LiniaEnd

VISITORS