Profesjonalisci
nemopic nemoabyss
crew2
Linia
glob
linieStil

Established April 2004 - Last Update 18.09.2016

linieStil

Profesjonaliści- czyli potrzeba jest matką wynalazku

Kiedyś pewien bardzo doświadczony kapitan, jako przyszłemu kapitanowi, zadał mi podchwytliwe pytanie: Co jest najniebezpieczniejsze na morzu? Podczas gdy miotałem się pomiędzy sztormami, tajfunami, falami Tsunami, ów doświadczony kapitan, uśmiechał się tylko siorbiąc swojego drinka. Gdy w końcu wyczerpał mi się zapas katastrof morskich, doświadczony wilk morski stwierdził, że najniebezpieczniejszym na morzach i oceanach tego świata jest.... marynarz pokładowy z wężem strażackim w ręku. I to była cała prawda o morzu. Taki marynarz jak mu w łapy wpadnie szlauch, leje gdzie popadnie i jest w stanie utopić statek z nadgorliwości. O tej prostej prawdzie, dowiaduje się człowiek dopiero po fakcie. Dotyczy to zresztą większości niebezpieczeństw jakie niesie za sobą życie na tej planecie, a szczególnie składu załogi.

Załoga Lady Rea składała się z pięciu sympatycznych żeglarzy z Wysp Zielonego Przylądka, jak te wyspy do bólu zielonych i pogodnych. Praca na statku podobała im się z całą pewnością, gdyż za sprawą wyroków boskich, co jakiś czas statkowi udawało się zawinąć do jakiegoś portu, gdzie czekały na tych egzotycznych żeglarzy rozmaite atrakcje. Najbardziej atrakcyjnie przedstawiały się naszym ulubieńcom, miłość płatna w gotówce i to własnej, oraz lekarze chorób intymnych, płatni z kasy kompanijnej. Trzeba uczciwie powiedzieć, że chłopcy z Cabo Verde, dawali zarobić regularnie i sprawiedliwie obu grupom zawodowym. Prawdopodobnie mieli podejście do sprawy, równie eleganckie jak Jan Himilsbach, który ostrzeżony przez kobietę sprzedajną o jej wstydliwej chorobie, dumnie stwierdził: Nie boję się, jestem przecież mężczyzną!

Innym członkiem załogi był niejaki Lucek, postać tragiczna jak u Gogola czy Dostojewskiego. Lucek był człowiekiem, któremu historia nowożytna dwa razy figla spłatała. Pierwszy raz w Jałcie a drugi raz w Gdańsku. W Jałcie odebrano rodzinie ziemiańskiej Lucka dobra i tytuły, czyli zrównano Lucka ze swołoczą. Zasady życiowe jakimi się Lucka familia kierowała, sprawiły że mimo reformy rolnej i manifestu lipcowego, Lucek powstał jak Feniks z popiołów, wzbijając się ponad przeciętność nawet na tak jałowej glebie jak ta socjalistyczna. Lucek został intendentem okrętowym w PLO, czyli trzymał kasę w Luckowych rękach, co mu się szalenie podobało, a innym jakby trochę mniej. I tutaj historia spłatała Luckowi drugi raz psikusa, za sprawą pewnego elektryka z Gdańska, który spektakularnie przeskoczył przez płot stoczni prosto do historii. Szybko okazało się, że teraz każdy chce i może robić kasę, biznesmenem (dawniej spekulantem) być nie jest wstyd, a tacy jak Lucek wędrują na śmietnik historii. Musiał więc Lucek zmienić wygodne biurko intendenta na kambuz frachtowca, co strasznie go deprymowało. Czuł się oszukany przez koło fortuny tak dokumentnie, że nie chciał zaprosić na statek swego angielskiego kuzyna (też barona), by nie wyszło na jaw, że Lucek murzynom podaje. W stosunku do białych członków załogi Lucek zachowywał się nie tylko że po ludzku, ale nawet wykazywał swoistą elegancję. Taki był Lucek, fajny chłop tylko mało życiowy. Któregoś dnia Glenn przybiegł do mojej kabiny z wyrazem furii w oczach, rzucił na biurko jakiś świstek i domagał się bym zobaczył na własne oczy co ten Lucek tu wypisał był. Na kartce wykaligrafowana była lista zakupów jakie Glenn powinien dokonać w następnym porcie, w ramach zaopatrzenia w prowiant. Niby nic specjalnego, tyle że pomiędzy pietruszką i selerem, pojawiły się nóżki rakowe, polędwica cielęca czy piersi przepiórek. Glenn miał nieodwołalny zamiar zabicia Lucka własnymi rękami lub zakopania go żywcem. W porę przyszła więc moja propozycja by Glenn napił się piwa, a jak już mu morderczy zapęd minie, po prostu zmienił Luckowi jego wysublimowane Menu, bez jego wiedzy. Tym oto sposobem zrozpaczony, ale żywy Lucek, zamiast chłodnika litewskiego z nóżkami rakowymi, zmuszony został do gotowania grochówki z wkładką, a zamiast medalionów cielęcych ala Waldorf-Astoria, pojawiła się karkówka w sosie cebulowym. To jednak poniżało Lucka straszliwie w jego własnych oczach.

Musiałem pośredniczyć nie tylko na linii Lucek-Glenn, ale także na linii Caboverdianie-duchy powietrza i wody i inne złe i dobre afrykańskie Mzimu. Chłopcy z wysp nie bali się wprawdzie trypla, ale sporą rolę odgrywały u nich duchy, demony, oraz inne siły tajemne i nadprzyrodzone. Prawdopodobnie w ich kraju nie ma duszka odpowiadającego bezpośrednio za choroby intymne, ale istnieje taki który czyha na oddalenie się człowieka od matki ziemi o więcej niż trzy metry w górę. Takie oddalenie się podczas na przykład wejścia na maszt, grozi porwaniem duszy, która od tej pory będzie się błąkać po kosmosie bez celu. Fakt ten został mi uświadomiony podczas ratowania duszy niejakiego Orlando Lima, który to miał na maszcie wymieniać żarówki. Trudność polegała na tym, że Orlando wlazł na wysokość około 2,5 metra, i tam nagle dotarło do niego śmiertelne niebezpieczeństwo grożące jego duszy. By bronić ją przed tym kidnapingiem, Orlando przypiął się do masztu stalową linką i kłódka, klucz wyrzucił natomiast za burtę, po czym wbił się pazurami na dwa centymetry w stal masztu i ani rusz. Innym razem znowu zauważyłem, że jeden z naszych żeglarzy, każdego dnia inny, obija się zamiast pracować. Nie posądzając ich naturalnie o lenistwo, spytałem po prostu co jest grane. Okazało się, że tym razem za ten stan rzeczy, odpowiedzialny jest demon porywający nieparzystych pracowników najemnych. Dlatego jeśli muszą już pracować najemnie czyli niewolniczo, to zawsze w konstelacji, dwóch, czterech itd. Stąd tylko czterech pracowało a jeden obijał się cały dzień. Może to i lepiej, bo tym samym ich siła destrukcyjna ograniczała się do czterech osób.

Resztę załogi stanowili: Glenn (Captain), ja (Chief-Officer), Andrzejek (Chief-Enginier) oraz motorzysta Jacuś. Była to czwórka, która miała wystarczająco dużo wyobraźni i doświadczenia by prawidłowo ocenić sytuację, oraz wystarczająco dużo silnej woli by chcieć zdrowo i cało wrócić do domu. Nic więc dziwnego, że w pewnym hiszpańskim porcie, po rozluźnieniu synaps i innych powiązań układu nerwowego, ta dzielna czwórka, postanowiła założyć elitarny klub tych co swych rodzin osierocić nie chcą. Korzystając ze swych umiejętności graficznych wyszykowałem gustowny szyld klubu i wywiesiłem swoje dzieło na drzwiach wolnej kabiny:

THE PROFESSIONALS
Members Only
Open Winsday, Glannsday & Anniewhere we want

(Winsday - dzień wygranej, Glannsday - gdy Glenn ma humor)
(Anniewhere - kiedykolwiek gdy Annie ma ochotę. Annie - ukochana Glenna)

Lucek mający kompleks elitarności, cierpiał męki ogromne za sprawą nie przynależności do klubu, postanowił więc donosić na ludzi oraz kanapki gustownie garnirowane pietruszką. I donosił. Caboverdianie natomiast, doszli do wniosku, że w portach każdy ma prawo bawić się tak jak lubi, więc im działalność klubu nie przeszkadzała zupełnie. Wiedzieli przynajmniej gdzie mają nas szukać w razie jakiejś katastrofy, czyli wykończenia się gotówki, prezerwatyw lub nagłej potrzeby zadbania o zdrowie.

Można powiedzieć jeśli się nie czepiać szczegółów, że życie statkowe upływało idyllicznie, statek płynął wolno, a czas jakby nieco szybciej. I gdy niebo wydawało się bezchmurne, dotarła do nas wiadomość, że poprzedni chief Zoran, pozostał uwolniony z aresztu i od zarzutów, z powodu braku wystarczającego materiału dowodowego. Zoran może zatem rozkoszować się wolnością i w Antwerpii przyjedzie na statek, co ucieszy szalenie holenderska policję. Niestety, członkowie klubu nie podzielali zachwytu holenderskich stróżów prawa i porządku. W trybie natychmiastowym został zwołany sztab kryzysowy. Przyjazd Zorana, zagrażał działalności klubu, a temu należało zapobiec za wszelką cenę. Padały różne propozycje, od pomysłu złamania Zoranowi nogi, po bardziej realistyczne, polegające na zwinięciu jakiemuś Belgowi roweru, podrzucenie go Zoranowi do kabiny i wysłaniu Lucka na Policję. Ten ostatni pomysł miał tą zaletę, że umożliwiał Zoranowi zwiedzenie tym razem belgijskich kazamatów, co dawało poważne podwaliny pod napisanie przewodnika po więzieniach świata. Ponieważ wszystkich wzruszyła perspektywa   zrobienia z Zorana literata i członka PEN-klubu, propozycja została przyjęta poprzez aklamację. Niestety, nabrzeże w Antwerpii świeciło pustkami jeśli chodzi o rowery. Było ono oddalone o jakieś 20 kilometrów od miasta i leniwi Belgowie przedkładali poruszanie się samochodami. Padła nawet propozycja podprowadzenia samochodu, ale nikt mimo swej nieprawdopodobnej inteligencji, nie miał pojęcia jak go umieścić w kabinie Zorana. Chcąc nie chcąc opuszczałem nowych przyjaciół.

czytaj dalej....

LiniaEnd

VISITORS