Vaya con Dios
nemopic nemoabyss
crew2
Linia
glob
linieStil

Established April 2004 - Last Update 18.09.2016

linieStil

Vaya con Dios
dedykuję Krzysiowi Świtalskiemu, wspaniałemu koledze z WSM, który tragicznie zginął na statku. Pozostawił żonę i  trójkę dzieci.

Zatoka Biskajska - Biskay, czyli kawałek oceanu zamknięty od północy wyspą  O’uessant  a od południa przylądkiem  Cabo de Finisterre. Problem z tym kawałkiem wody polega na tym, że płynie się zawsze na południe lub północ, a wiatry i fale ma się przeważnie zawsze z którejś burty. Nasz statek był tak sprytnie skopany przez konstruktorów, że już przy stanie morza powyżej czterech zaczynało się wesołe miasteczko, a przebywanie na mostku było podobne do jazdy na diabelskim młynie.

Płynęliśmy z Hiszpanii do Montrose w Szkocji. Zaraz po minięciu Finistra, komunikaty pogodowe zapowiadały zbliżający się do południowych brzegów Walii, głęboki azorski niż. Taki komunikat zapowiadał, że już za kilka godzin wiatr zacznie wiać z dziobowej części lewej burty i że zacznie wiać mocno, niosąc ze sobą wysokie i relatywnie krótkie fale. Zaczynamy przygotowania do sztormowania.

Mocujemy wszystko co nie przybite albo nie przyspawane, sprawdzamy włazy, zejściówki i inne otwory przez które woda może wedrzeć się do wnętrza statku. Potem dziesiątki innych drobnych spraw, które mogą mieć wpływ na nasze bezpieczeństwo. Kiedy wydaje nam się, że wszystko jest już gotowe na przyjęcie nieproszonego gościa, płynie się do przodu i czeka. Więcej nie można zrobić. Przyjmowanie komunikatów pogodowych przypomina totolotka. Mamy wprawdzie wykupiony kupon, ale możny jedynie przegrać, pytanie jest tylko ile.

Przeważnie wcześniej a nie później, morze daje o sobie znać. Fale zaczynają agresywnie uderzać o dziobnicę statku, rozpryskując się jak gejzery. Wiatr porywa te fontanny i uderza nimi o forszot nadbudówki. Coraz częściej automatyczny pilot wyskakuje, nie nadążając za uderzeniami fal. Zaczyna się uwertura tego co ma nastąpić. Szybko fale nabierają siły i prędkości, są coraz głębsze, agresywniejsze i wściekłe. Dopasowujemy kurs i prędkość, przypominając boksera stosującego uniki. Po każdym kolejnym uderzeniu, statek jakby wstrzymuje oddech, potem wali całym ciałem w dół fali, przechylając się na burtę jak zraniony wieloryb. Słychać wycie wyskakującej z wody śruby. Dziób powoli wspina się na następnej fali, rozpędzona brakiem oporu śruba wpada w wodę jakby zaryła się w kartoflisko.

Przez statek przechodzą drgawki, ma się wrażenie że zaraz ta kupa złomu rozsypie się na kawałki. Na pulpitach migoczą czerwone światełka i ciągle dzwonią ostrzegawcze buzerki, urządzenia chodzą na swym limicie, ja chodzę i kasuję alarmy. Znowu zmieniamy kurs i prędkość, chcemy dogadać się z oceanem, ale ten nie chce z nami rozmawiać. Na radarze pojawia się kasza, oznacza to że fale są już na tyle wysokie by przeglądać się w nim jak w lustrze. Zaczynają się wzmocnione wachty. Marynarze stoją na oku obserwując obszar przed dziobem i na sterze bo automat nie wytrzymuje naporu tysięcy ton wody. Od wypatrywania zaczynają łzawić oczy.

Staram się odróżnić odbicia fal od ech statków. Navtex podaje, że statek czterdzieści mil przed nami zgubił dwa kontenery, dryfują gdzieś teraz gonione wiatrem i falami. Zaznaczam ich ostatnią pozycję. Staram się ocenić ich kurs i prędkość. Równanie z samymi niewiadomymi. Kończy się moja wachta, więc obliczam przebyty dystans. Przez sześć godzin przejechaliśmy 23 Mile Morskie, niecałe cztery węzły. Szybszy jest emerytowany cyklista.

Glenn przychodzi zmęczony i nieogolony. Przekazuję mu wachtę. Przyglądamy się następnemu wydrukowi z Navtexu. Na całym obszarze dziewiątka albo i lepiej. Wychodzę życząc mu spokojnej wachty, i nie jest to zwrot grzecznościowy. Idę do messy. Tam Lucek chce mi coś zrobić na śniadanie. macham ręką i proszę by dał mi tylko jakąś bułkę i kawałek kiełbasy. Lucek stara się coś ugotować, cokolwiek na obiad. Znając Lucka będzie miotał się pomiędzy dzwoniącymi o siebie chochlami, powiązanymi garnkami, aż ugotuje.

Pyta o prognozę pogody, kiwam tylko przecząco głową. Nie wiem jak, ale udało mu się zrobić nam kawę. Siorbiemy balansując. Lucek opowiada o swoich dzieciach, o budowie domu na Kaszubach. Opowiadamy tak sobie, by udowodnić że gdzieś żyją normalni ludzie, wstają rano do pracy, idą do kina. Przy każdym uderzeniu burty o ścianę wody, milkniemy. Statek prostuje się leniwie. Lucek opowiada mi dalej. Córka ma dobrą pracę, syn kończy studia, a może odwrotnie, żona goni murarzy bo pijacy, statek wali się całym cielskiem w następną kotlinę.

W maszynie co chwila wycie sygnalizacji alarmowej, automatyka kica w takich warunkach, myśl ludzka głośno przegrywa z prymitywną siła przyrody. TopGun i Desperado starają się swoją konie w cuglach przytrzymać. W końcu pojawiają się w Messie, przepoceni i usmarowani. Przed messa zdejmują zaolejone buty, a Lucek rozściela im gazety na fotelach. Padają na nie. Desperado kiwa głową
- kurwa mogłem zostać księdzem, dzwoniłbym na roraty a nie tu jajami po gretingach - wścieka się na cały świat.
Są zmęczeni i marzą o domku z ogródkiem. CaboVerde nie pojawili się na śniadaniu. Na wachtach jeszcze jakoś się trzymają, ale po wachtach walą się na koje i leżą plackiem jak Bolka trampki.

Lucek mówi, że Manuel już drugi dzień nie przychodzi na posiłki. Idę do jego kabiny, obijając się o szoty i poręcze. Przy kolejnym uderzeniu prawie dostałem prosto twarz drzwiami od biura pokładowego. Na całe szczęście rzuciło mnie na przeciwległy szot. Zamykam drzwi na klucz. Manuel leży na koi i patrzy na mnie przestraszony jakbym był zjawą. Chce wstać, ruchem dłoni pokazuję żeby leżał. Opada na materac. 
- Que pasa Hombre? -  Jest mu niedobrze. Zrywa się i wymiotuje żółcią trzymając się kurczowo umywalki. Znowu obijając się o wszystko co się da, idę do Lucka. Przynoszę Manuelowi kilka kromek suchego chleba.
- Masz to jeść - wręczam mu chleb - będziesz miał przynajmniej czym rzygać.
Manuel kiwa głową na znak że rozumie. Jest pierwszy raz na statku, chyba czwarty miesiąc. Widzę że wszystko się w nim łamie. Tęsknota za domem, swoimi zielonymi wyspami, dziewczyną i strach walczą z jego poczuciem męskiej dwudziestoletniej dumy i ta ostatnia przegrywa w najgorszym stylu. Manuel zarabia na całą swoją rodzinę, na rodziców i rodzeństwo by mogło się uczyć i mieć lepiej niż on. Stał się przedwcześnie dorosły, a teraz boi się że ich zawiedzie. Jego dwaj bracia zazdroszczą mu i też chcą być marynarzami. Wielki świat im się śni, ale Manuel musi zarobić na ich bilety do Rotterdamu. Nad koją Manuela wiszą dwa zdjęcia i święty obrazek. To zdjęcia bliskich i jego dziewczyny. Chłopak żuje posłusznie chleb, dogania mój wzrok i oczy mu się trochę ożywiają. Mówi pół po angielsku, portugalsku i hiszpańsku
- Mama, Papa, Hermanos, Pequenia Hermana. - Kiwam głową w stronę śniadej dziewczyny. Manolo zawstydza się trochę
- girl friend. - Klepię Manuela po ramieniu
- Są z ciebie pewnie bardzo dumni.- Patrzę na obrazek świętej Łucji z napisem Vaya con Dios (Idź z bogiem). Manuel zdejmuje go, całuje i mówi łamanym angielskim:
- Mama give me. - Wychodząc zapieram się we framudze drzwi, uśmiecham na odchodne:
- Manuel - powiadam - na początku ja też się bałem, każdy się bał, i masz jeść ten chleb bo ci jaja urwę. 
- Yes, Chief - odpowiada  - My girl friend not like Manolo with no Cochones.

Idę do kabiny, bo już też mam kompletnie dosyć. Będę próbował pospać, jak to mówi moja Chickita, na żabę, z rozstawionymi rękoma i nogami. Siadam na koi i przypominam sobie, że Jola zawsze na pożegnanie robiła mi krzyż na czole. Zawsze śmiałem się, że to WooDoo, a to było jej “Vaya con Dios”. Boże przecież one się o nas boją.

Sztormowaliśmy już trzeci dzień, chodząc zmęczeni, poobijani, niedospani. Tego dnia powinniśmy dojść do Uszantu, w końcu zrobić zwrot i iść Kanałem Angielskim (la Manche) z falą i wiatrem. Desperado z TopGunem wyglądają już jak śmierć na chorągwi, ja staram się nie oglądać siebie w lustrze, wystarczy że Manolo rzyga ja kawka. Fale i drgania dają popalić maszynie i wszystkim urządzeniom, więc biegamy i kasujemy alarmy my na mostku a oni w maszynie. Naprawiamy, sztukujemy, fastrygujemy.

Odżywiamy się w zasadzie kawą i papierosami. Lucek przestał pytać o pogodę, teraz pyta tylko o Uszant. Kurcze, jak ja marzę o ciepłej zupie. Wszyscy śmierdzimy już jak skunksy, a wyglądamy jak kloszardzi z dworca. W kabinach pomimo ształowania dobytku, wszystko wala się po podłodze, panuje kompletne Kongo. Co spadło na podłogę niech leży, niżej nie spadnie. Manuel czuje się źle, ale chodzi z kromką chleba w kieszeni. Chodzi wyprostowany. Orlando szczerzy białe zębiska i śmieje się:
- Będzie z niego jeszcze Hombre, Chief.
- No pewnie że będzie - myślę sobie, nażre się jeszcze kilka razy tego niedźwiedziego mięsa i będzie z niego człowiek jak cacy.

O’uessant mijamy na mojej wachcie, robimy zwrot na wschód i staje się cud. Morze wprawdzie nie rozstąpiło się, ale przestaje kiwać. Suniemy po wysokich falach jak deska surfingowa i im głębiej w kanał tym bardziej fale odpuszczają. Mijają nas czasami i jakby uśmiechały się: “No dobra, tym razem daruję wam cwaniaczki”. Ustają alarmy, robimy porządki. Na twarzach pojawiają się uśmiechy, koniec ręcznego sterowania. Nawet Glenn przy zmianie wachty zapomina powiedzieć: I hate this Job. Siedzę w kabinie popijam piwo z Desperatem i TopGunem. Lucek wpadł w amok gotowania. Uśmiecham się w myślach, bo maszyniści poklepują się po plecach, opowiadając jak swoją stajnię zmuszali trzy dni do uległości. Jeszcze kilka dni temu, jeden drugiego utopiłby w szklance wody, a teraz skakaliby za sobą do oceanu. Toż to zawód dla psycholi. Gadamy, śmiejemy się, stukamy butelkami. Z mostku dzwoni Glenn, czyżby się stęsknił? Podnoszę słuchawkę, tak to on.

- Rockie przyjdź zaraz na mostek - głos Glenn’a jest poważny - i weź mechaników
Idziemy. Na mostku Glenn rozmawia z kimś przez UKF-kę, kończy, odwraca się do nas z poważną miną.
- Zawracamy - powiadamia nas - na holenderskim statku, pięć mil za nami wypadł człowiek za burtę, wszyscy na stanowiska, marynarze na mostek.

Włączamy się do akcji, jak pięć innych statków w okolicy. Marynarze przeczesują lornetkami wodę, mechanicy w maszynie. Idziemy  Slow Ahaed. Glenn manewruje statkiem komunikuje się z innymi statkami i francuskim Coast Guard’em, który w międzyczasie przejął koordynację poszukiwań. Ja nawiguję i wyznaczam kursy aby trzymać się przydzielonego nam obszaru. Przez kolejnych pięć godzin jeździmy tam i z powrotem wypatrując oczy, szukając każdego nieregularnego załamania fal. Czasami serce podskakuje nam do gardła, ale to coś okazuje się pustym dryfującym kanistrem albo starą beczką. Nic. Razem z nami szuka już siedem statków. Z powietrza przeszukują wodę helikoptery, mają kamery na podczerwień, ale i to nic nie daje. Po sześciu godzinach Coast Guard odwołuje akcję. Szansa znalezienia rozbitka spadła do absolutnego zera. Kapitan statku, z którego wypadł ten człowiek postanawia jednak zostać i szukać dalej. Słuchamy tej rozmowy przez UKF-kę. Francuzi są zdania, że to nie ma sensu, więc niech statek idzie do portu przeznaczenia, a tam dokona się reszty smutnych formalności. W UKF-ce zapanowała cisza.

Po długiej chwili holenderski kapitan zgłasza się i mówi łamiącym się głosem:
- Zostaję, to był mój czternastoletni syn, był u mnie na wakacjach, muszę zostać....muszę.
W słuchawce słychać szloch dorosłego mężczyzny. Znów cisza, po chwili oficer Coast Guard’u matowym głosem wznawia rozmowę.
- I’m so sorry Captain.......so sorry, good luck, over and end.

Stoimy jak porażeni prądem. Glenn postanawia pozostać, dalsze trzy statki robią to samo. Po następnych trzech godzinach zapada szybko ciemność. Nieszczęśliwy kapitan dziękuje za pomoc, choć każdy z nas był świadom tego, że w tych warunkach od wielu godzin szukaliśmy już najwyżej przemarzniętego ciała. Morze wystawiło nam wszystkim swój gorzki rachunek i nikt nie był w stanie go zapłacić. Bez słowa wróciliśmy na kurs.

Vaya con Dios, chłopcze. W messie nie chce nam się ze sobą nawet rozmawiać. Pijemy jakąś kawę i milczymy, potem rozchodzimy się do kabin. Jestem piekielnie zmęczony, za dwie godziny mam wachtę. Kładę się na koi i czytam nie wiem już który raz list od Jolki. Pisze, że tęsknią, że pralka się popsuła, że był mechanik i naprawił. Olga się zaziębiła i ma katar, kaszle po nocach. Oglądam rysunek który dla mnie namalowała. Z kartki uśmiecha się do mnie ogromne żółte słońce. Zasypiam w ubraniu z listem w ręku....

czytaj dalej...

LiniaEnd

VISITORS